W tym roku zawody wyglądały trochę inaczej niż zwykle. Pierwszą i diametralną różnicą było to, że tak naprawdę Białka miała miejsce w Witowie - tam odbywały się wszystkie zawody (oprócz łyżwiarskich, które były na lodowisku COS-u w Zakopanem).
Poza tym odbyła się tylko jedna konkurencja narciarska - slalom gigant, a nie jak to było wcześniej - gigant i supergigant.
Pierwszego dnia zawody startowały już o 8 rano. Mieszkaliśmy w Białce, więc musieliśmy wstawać wcześniej, żeby starczało nam czasu na dojazd. Tego dnia nasz wysiłek sięgnął najwyższych szczytów - śniadanie o 6 rano, wyjazd o 6:30! W następnych dniach wszystko było na szczęście przesunięte o pół godziny, jednak zawsze na zawody przyjeżdżaliśmy jako pierwsi...
Przybyliśmy pod stadion COS-u już ok. 7:15. Było tak wcześnie, że nie był on jeszcze nawet otwarty, jednak mogliśmy się do woli rozgrzewać przed pierwszą konkurencją, po której, jak się potem okazało, od razu wyszliśmy na prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Należy zwrócić uwagę na rewelacyjne wyniki chłopców: 1. miejsce Maćka Karbowskiego, 5. Karola Stachowicza i 7. Marcina Kołaszewskiego! Wśród dziewcząt najlepiej spisała się Dominika Dercz, która była 11.
Drugi dzień stał pod znakiem zawodów narciarskich. Najbardziej udzieliło się wszystkim długie oczekiwanie w zimnie na start, co później niektórym odbiło się na zdrowiu...
Nie osiągnęliśmy oszałamiających rezultatów, jednak wielu naszych zawodników znalazło się w czołowej trzydziestce, co w sumie dało dużo punktów. Najlepiej spisała się Pola Lis - 11. miejsce.
Trzeciego dnia odbyły się zawody snowboardowe. Organizatorzy zachowali się dosyć dziwnie, ponieważ ustawili tyczki zdecydowanie gęściej niż w slalomie narciarskim. To jednak nie przeszkodziło naszym zawodnikom w osiągnięciu wspaniałych wyników: Olek Horawa zdobył srebrny medal, Borys Chabior był 4., a Ola Krawczyk 7.
Jak się okazało, mieliśmy nad szkołą z Łodzi ok. 150 pkt przewagi, co było przewagą dość dużą, ale jednak nie w pełni bezpieczną. Tak więc walka znów miała toczyć się do ostatniej chwili, a wszystko rozstrzygnąć w końcowej konkurencji - narciarstwie biegowym. Myślę, że wszystkim ten wyjazd zostanie długo w pamięci z powodu motywującej przemowy Pana Marka, którą wygłosił on o 7 rano w autokarze, w drodze na zawody. Najpierw - w celu obudzenia wszystkich, którzy jeszcze podsypiali - Pan Marek zaczął śpiewać, a później wypowiedział te pare kluczowych - jak się okazało - słów: "Słuchajcie, wiem, że jesteście bardzo wrażliwymi ludźmi... Współczujecie biednym, głodnym dzieciom w Afryce... Jednak dzisiaj, do godziny 12, musicie zamienić to swoje dobre serce w twardy głaz, bo wyruszamy na... WOJNĘ!!!". Później dodał jeszcze, że "nie mamy tutaj klubu kaskadera" i wszycy, którzy chcieliby zjechać na biegówkach z góry, mają na to całkowity zakaz i mogą poruszać się jedynie wyciągiem.
Te słowa chyba zadziałały na nas tak mocno, że po ostatniej konkurencji (podczas której warunki pogodowe były wręcz katastrofalne) objęliśmy już to ostateczne prowadzenie i wygraliśmy całe zawody. Pan Marek dodał również, że jest pełen uzania dla nas, że startowaliśmy i daliśmy z siebie wszystko przy tak niesprzyjającej aurze.
Tak więc po raz kolejny mieliśmy tę przyjemność włożenia czerwonych kurtek "Bednarskiej", śpiewania "We are the champions" i skandowania naszych sztandarowych już okrzyków: "Bednarska, Bednarska!", "Marek Górnicki" i "Wojna!" stojąc na najwyższym stopniu podium (:
zdjęcia © by Ania Zarzycka















































